Koherencja Serca, Kiedy Serce i Umysł Mówią Jednym Głosem

Koherencja serca zaczyna się od jednego prostego pytania: czy jestem w stanie zaufać temu, co czuję? Żyjemy w świecie, który bardzo wcześnie nauczył nas, że bezpiecznie jest myśleć, a niebezpiecznie […]

Koherencja serca zaczyna się od jednego prostego pytania: czy jestem w stanie zaufać temu, co czuję? Żyjemy w świecie, który bardzo wcześnie nauczył nas, że bezpiecznie jest myśleć, a niebezpiecznie czuć. Że to, co płynie z głowy, jest konkretne i przewidywalne, a to, co płynie z serca, jest wydumane, wybujałe, oderwane od rzeczywistości. I tak, krok po kroku, często zupełnie nieświadomie, zaczęliśmy tę przestrzeń w sobie zamykać. Obudowywać. Zastawiać walizkami starych lęków i przekonań. Dziś wiemy już jednak coś innego, i mówią o tym zarówno badania naukowe, jak i tysiące ludzkich doświadczeń: serce to nie tylko organ. To centrum energetyczne, które reaguje szybciej niż mózg, które czuje więcej, niż umysł zdoła przetworzyć, i które co najważniejsze, nigdy nie kłamie. Pytanie nie brzmi więc: „czy moje serce wie?”. Pytanie brzmi: „czy ja jestem w stanie mu zaufać?”.


Poniżej rozmowa z Katarzyną Krych o tym, czym właściwie jest czucie, dlaczego tak trudno nam do niego dotrzeć i co tak naprawdę kryje się za pojęciem koherencji serca. Jeśli chcesz się zanurzyć w tym temacie głębiej – zapraszam Cię do obejrzenia naszej rozmowy. To jeden z tych dialogów, z których wychodzi się inaczej, niż się weszło.


Czym właściwie jest koherencja serca?

Koherencja serca to stan, w którym serce i umysł nie walczą ze sobą, lecz pracują razem – w jednym rytmie, w jednym języku. Nie oznacza to wcale, że emocje są wyciszone ani że głowa milczy. Chodzi raczej o coś subtelniejszego: o moment, kiedy to, co czuję tu – w tej przestrzeni w klatce piersiowej – nie jest natychmiast bojkotowane przez to, co myślę.

Badania nad polem energetycznym serca pokazują, że jego energia jest znacznie silniejsza i działa na większe odległości niż fale mózgowe. Że intuicja – to przeczucie, które przychodziło do nas przed jakimkolwiek słowem, przed jakąkolwiek analizą – naprawdę pochodzi z serca. I że to właśnie serce pierwsze rejestruje to, co zmierza w naszą stronę. Mózg dopiero chwilę później zaczyna to opisywać, kategoryzować, porównywać. I niestety – często właśnie wtedy robi się bałagan.

Bo kiedy umysł jest przeciążony strachem, nieuwolnionymi programami z dzieciństwa, głosami przodków i przekonaniami, które przejęliśmy jak stare ubrania – nie wspiera tego, co powstało w sercu. Zaprzecza mu. I wtedy stajemy w rozkroku. „Może tak, a może jednak tak”. I robimy się coraz mniejszi w środku.

Lęk przed zranieniem – walizki w piwnicy serca

Symboliczna grafika przedstawiająca postać trzymającą ciężkie, stare walizki owinięte łańcuchami, z których wydobywa się delikatne, wewnętrzne światło nadziei.

Jedną z najczęstszych przyczyn, dla których serce pozostaje zamknięte, jest lęk przed zranieniem. Nie zawsze potrafimy go tak nazwać. Często objawia się jako kontrolowanie, jako racjonalizowanie wszystkiego do oporu, jako dążenie do perfekcji. Jako napięcie w klatce piersiowej, barki wysunięte do przodu, jakbyśmy cały czas czegoś się spodziewali z zewnątrz.

Strach przed zranieniem to jedna z tych walizek, które – jak pięknie to ujęła Kasia w naszej rozmowie – poustawiane są na półkach w piwnicy. I zanim je rozpakujemy, nawet nie wiemy, że tam są. Że to one właśnie decydują za nas. Że to ich ciężar sprawia, że nie sięgamy po to, czego naprawdę pragniemy – bo w którymś momencie życia nauczyliśmy się, że miłość może wyrządzić krzywdę. I ten wniosek, choć zrozumiały, odprowadza nas w kącik, gdzie siedzimy bezpiecznie, ale nieżywo.

Z perspektywy pracy z ciałem widzę to dosłownie pod palcami. Kiedy dotykam kogoś po raz pierwszy, już na początku sesji czuję, czy to ciało jest otwarte, czy zamknięte. Czy jest w środku przestrzeń – czy może ciasno zaciśnięty stelaż, który pilnuje, żeby nic nie weszło i nic nie wyszło. Ciało mówi zanim człowiek zdąży pomyśleć. I to jest piękne – bo oznacza, że jest szczere. Znacznie szczersze niż słowa.

Droga przez ciało – do serca

Ciało jest dla mnie jednym z najważniejszych kanałów prowadzących z powrotem do czucia. Nie jedynym, ale wyjątkowo uczciwym. Kiedy zaczynam pracować z kimś przez dotyk – przez ruch, przez oddech, przez uważne słuchanie tego, co mówi klatka piersiowa – coś się powoli otwiera. Najpierw ostrożnie. Potem, gdy pojawia się zaufanie, głębiej.

Bo tak jak pisałem przy okazji kursu Lomi Lomi – ciało ma swoją kolejność. Ma swoje mądrości, swoją logikę otwierania się. Klatka piersiowa, gdzie mieszka serce – to nie jest miejsce, które otwiera się pierwsze. Potrzeba do tego czasu, bezpieczeństwa i innych kroków wcześniej. Ale kiedy w końcu się otwiera – to, co się dzieje w człowieku, jest czymś, czego nie da się do końca opisać. Jest lżej. Jest cieplej. Jest tak, jakby przez długi czas oddychać przez słomkę, a potem nagle wziąć pełny wdech.

Kiedy serce mówi po włosku, a umysł po niemiecku

Koherencja serca nie jest stanem domyślnym. Jest – przynajmniej na początku – praktyką. Świadomym wyborem, by nie zawsze ufać pierwszemu głosowi z głowy, lecz poczekać chwilę. Zajrzeć niżej. Zapytać: „A co ja właściwie czuję?”.

Bo serce i umysł mówią często zupełnie innym językiem. Serce – po włosku: miękko, melodyjnie, z ciepłem i bez gwarancji. Umysł – po niemiecku: precyzyjnie, z argumentami, z planem awaryjnym. I jesteśmy uczeni, że ten drugi jest bardziej wiarygodny. Że to, co racjonalne, jest bezpieczniejsze. Ale kto nam dał tę gwarancję? I czy rzeczywiście, podejmując decyzje tylko z głowy, żyjemy szczęśliwiej?

Koherencja serca zaczyna się od bardzo prostego kroku: od uświadomienia sobie, że jest we mnie coś, co czuje. Może nie od razu głęboko. Może tylko odrobina – smak kawy rano, ciepło słońca na skórze, spokój po kąpieli. Zmysły są bramą. To przez nie wracamy do siebie, powoli, małymi krokami – zanim zaczniemy słyszeć to głębsze, cichsze, które mówi: „tak” albo „nie”. I które – jak się okazuje – ma rację.

Koniec wewnętrznej wojny

Być może największy dar, jaki niesie koherencja serca, to nie jakieś mistyczne oświecenie. To po prostu – spokój. Poczucie, że mogę w sobie zamieszkać. Że nie muszę się już rozdzierać pomiędzy tym, co czuję, a tym, co „powinienem” czuć. Że serce i umysł mogą być sojusznikami, a nie wrogami.

Jestem przekonany, że to właśnie brak tego połączenia jest źródłem wielu naszych napięć, chorób, trudnych relacji. Że wewnętrzna guerra, jaką toczą ze sobą serce i głowa, zostawia ślad w ciele – w napiętych barkach, w ściśniętej klatce piersiowej, w bólu, który trudno zlokalizować, bo jego przyczyna jest głębiej.

Dlatego tak bardzo wierzę w pracę przez ciało. Przez dotyk, ruch, oddech i czucie. Bo kiedy ciało się otwiera – serce idzie za nim. I kiedy serce mówi pełnym głosem – umysł, ten prawdziwie czysty umysł, nie walczy z tym. Słucha. I wtedy zaczyna się coś naprawdę ciekawego.

Masaż tantryczny jako brama do serca

Estetyczne ujęcie wnętrza gabinetu do masażu z ciepłym światłem świec, kwiatami i misą tybetańską na stole, tworzące atmosferę głębokiego spokoju i uważności.

Jedną z najbardziej bezpośrednich dróg, które znam, prowadzących do tego połączenia – do tej koherencji między sercem a umysłem – jest masaż tantryczny. Nie dlatego, że jest jakimś magicznym skrótem. Ale dlatego, że działa dokładnie tam, gdzie większość z nas jest najbardziej zamknięta: w ciele. W tej przestrzeni, którą przez lata obudowywaliśmy napięciem, wstydem, lękiem przed byciem widzianym i dotkniętym naprawdę.

Masaż tantryczny to przede wszystkim praca z energią życiową poprzez uważny, świadomy dotyk. To zaproszenie ciała, żeby odpuściło – nie na siłę, nie przez perswazję umysłu, ale przez spokój, bezpieczeństwo i obecność osoby, która dotyka z pełną uważnością. Kiedy ciało zaczyna odpuszczać, klatka piersiowa się otwiera. A kiedy klatka piersiowa się otwiera – serce zaczyna mówić. Głośniej niż zazwyczaj. Wyraźniej, niż pozwalał sobie na to dotąd.

Na kursach masażu tantrycznego uczę nie tylko techniki. Uczę przede wszystkim czucia – własnego i cudzego. Uczę tego, jak być obecnym dłońmi, jak słuchać ciała pod palcami, jak tworzyć przestrzeń, w której ktoś może bezpiecznie wrócić do siebie. Bo masaż tantryczny w swojej istocie to właśnie to: towarzyszenie drugiemu człowiekowi w powrocie do jego własnego serca.

Jeśli czujesz, że ten temat rezonuje z Tobą – czy to jako osoba, która chce doświadczyć tej pracy na sobie, czy jako ktoś, kto chciałby uczyć się jej i nieść innym – zapraszam Cię na moje kursy i warsztaty masażu tantrycznego. To przestrzenie stworzone z szacunkiem, z uważnością i z głębokim przekonaniem, że dotyk może być jedną z najpiękniejszych dróg do serca.


Znajdziesz mnie i całą ofertę kursów na piotrblue.pl.

Do zobaczenia 🙂

Autor: Nasrudin

Autor: Nasrudin

Członek zespołu redakcyjnego Piotra Blue. Pasjonuje się holistycznym rozwojem i świadomą komunikacją, pomagając w tworzeniu wartościowych i inspirujących treści.

Najbliższe Szkolenia i Kursy

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

newsletter kobieta

Zapisz się do Newslettera

Bądź na bierząco z aktualnymi informacjami na temat kursów, aktualnymi artykułami oraz podcastami.

You have Successfully Subscribed!